Ewangelia dzisiejszej Mszy św. wspomina przemienienie na górze Tabor. Jezus wziął tam trzech uczniów: Piotra, Jakuba i Jana. Kiedy się modlił, odmienił się wygląd Jego twarzy, pojawili się Mojżesz i Eliasz „i mówili o Jego odejściu, którego miał dopełnić w Jeruzalem”. Apostołowie byli wystraszeni, potem zdumieni i zachwyceni. Niedługo potem pojawiła się następna góra – Kalwaria. Tam był tylko jeden uczeń, Jan. Reszta uciekła, strach i rozczarowanie zwyciężyły, ale na chwilę, bo przyszła pora, że sami zajęli Jezusowe miejsce na krzyżu – Piotr, Andrzej i Filip dosłownie na krzyżu, pozostałych ośmiu zginęło w inny sposób śmiercią męczeńską. Tak się złożyło, że tylko św. Jan – właśnie ten spod krzyża – zmarł śmiercią naturalną. Możemy to potraktować jako część objawienia tajemnicy cierpienia – tego, którego sami doświadczamy i tego, w którym pomagamy przetrwać innym.

Gabriel Marcel, myśliciel religijny znany m.in. ze znanego rozróżnienia: „mieć i być” wyróżnił także inne dwa pojęcia: problem i tajemnica. Problem to zadanie do rozwiązania, tajemnica to kwestia, którą można tylko w części zrozumieć, często nie da się rozwiązać, ale bywa ona dla nas bardzo ważna z punktu widzenia sensu życia, a nawet naszego zbawienia. Cierpienie bywa zarówno problemem, jak i tajemnicą. Z punktu widzenia biologii bywa nawet pożyteczne, bo sygnalizuje jakieś usterki w organizmie, ale często staje się trudnym, czasem wręcz skrajnie bolesnym doświadczeniem. Medycyna, psychologia i podobne dziedziny próbują sobie radzić właśnie z tym problemem, jak najlepiej go rozwiązać. Popularność zdobywa tzw. terapia bólu. Bardzo dobrze, dbajmy o ciała, które są mieszkaniem naszych dusz – teraz, a kiedyś na wieki; a Bóg stworzył także lekarzy, jak o tym przypomina Stary Testament.

Jednak cierpienie, któremu nie potrafimy łatwo zaradzić, jest też tajemnicą, czyli częścią naszej drogi do nieba; tą częścią, na której wyraźnie potrzebujemy Przewodnika, Pocieszyciela, Zbawiciela. Jezus idąc z Betlejem przez Egipt, Nazaret, Jerozolimę, górę Tabor i Kalwarię, w końcu Górę Oliwną pomógł nam rozpoznać nasze drogi do zbawienia, a teraz nam w tych drogach towarzyszy. Nie zawsze są one łatwe, więc szukajmy pomocy naszego Stwórcy i Zbawcy, szukajmy też – na wzór Jezusa – pomocy wśród ludzi i sami pomagajmy tym, którym pomóc możemy. Miłuj bliźniego jak siebie samego, miłuj siebie samego, jak miłuje cię Bóg. Nie jest to proste: ani prawdziwe miłowanie siebie, ani bliźniego, dlatego modlimy się i się uczymy.

Jan Paweł II we wspomnianej tydzień temu autobiografii pisał, że w pewnym okresie obawiał się ludzi cierpiących. Tak o tym pisał:

„Wiem z własnego doświadczenia, (...) z okresu mojej młodości, że cierpienie ludzkie przede wszystkim mnie onieśmielało. Trudno mi było przez pewien czas zbliżać się do cierpiących, gdyż odczuwałem jakby wyrzut, że oni cierpią, podczas gdy ja jestem od tego cierpienia wolny. Prócz tego czułem się skrępowany, uważając, że wszystko, co mogłem im powiedzieć, nie ma pokrycia po prostu dlatego, że to oni cierpią, a nie ja. […] Ale ten okres onieśmielenia przeszedł, gdy posługi duszpasterskie coraz częściej prowadziły do spotkania z cierpiącymi. […] Spotykając się z nimi, przekonywałem się stopniowo, a w końcu przekonałem się definitywnie, że pomiędzy ich cierpieniem jako faktem obiektywnym a ich własną osobistą świadomością tegoż cierpienia zachodzą relacje zupełnie nieoczekiwane. Szczytem moich doświadczeń w tej dziedzinie było, gdy raz usłyszałem z ust człowieka, którego stan obiektywnie był ogromnie ciężki, takie wyznanie: „Ksiądz nie wie, jak bardzo jestem szczęśliwy”. Miałem przed sobą człowieka, który stracił wszystko w powstaniu warszawskim, sam zaś pozostawał przykuty do łóżka jako ciężki inwalida. I ten człowiek, zamiast skarżyć się na swój los, mówi mi „jestem szczęśliwy”. Nawet nie pytałem, dlaczego. Zrozumiałem bez słów, co się musiało dokonać w duszy mojego rozmówcy, jak mógł przebiegać ten proces — a przede wszystkim: Kto mógł go w nim dokonać. Odtąd spotykałem się z cierpiącymi bardzo często, odwiedzałem ich po domach i w szpitalach”.

Jan Paweł II święty, otwarty na wszystkich ludzi, papież pielgrzym, przyjaciel wielkich i małych musiał uczyć się sposobów miłowania cierpiących. Dlatego módlmy się do niego i innych świętych, także najświętszej z ludzi Maryi i do świętego świętych, Boga samego, o dar pomagania tym, którzy dźwigają swoje krzyże. Historia Szymona Cyrenejczyka przypomina, że wiele krzyży nadaje się do wspólnego dźwigania. Nie rozwiążemy tutaj tajemnicy cierpienia, ale możemy odkryć ogrom nadziei płynącej z tego krzyża, z którego m.in. padły słowa: „będziesz ze mną w raju”. Amen.

Ks. Zbigniew Wolak